Autor: Elle Kennedy
Tytuł: Zasada Dixon
Wydawnictwo: Zysk i S-ka [współpraca reklamowa]
Data wydania: 2025
Ilość stron: 592
Narracja: pierwszoosobowa (dwie perspektywy)
Ocena: 9,5/10
PATRONAT KSIĄŻKOWIRU
Opis:
Uzależniający romans hokejowy, który podbił TikToka!
Tego lata Diana Dixon ma ręce pełne roboty: przygotowania do turnieju tańca, dwa etaty i były chłopak, który nie rozumie, że między nimi już naprawdę koniec. Mimo to zawsze znajdzie chwilę, żeby posłać do diabła swojego nowego sąsiada.
Shane właśnie wprowadził się do tego samego bloku i najwyraźniej zamierza zaliczyć całą drużynę cheerleaderek, której Diana jest kapitanką. Owszem, jest wysoki, przystojny i gra w hokeja, ale wkroczył na jej teren. A to oznacza jedno: trzeba ustalić zasady. Po pierwsze – żadnych imprez. Po drugie – zero flirtu z jej koleżankami. Po trzecie i najważniejsze – trzymać się z daleka od niej.
Problem w tym, że Shane ma już dość bycia w trybie „rozstaniowej terapii” po zakończeniu długoletniego związku. Kiedy jego była znów pojawia się na horyzoncie, Shane postanawia udawać, że ma nową dziewczynę. A kto lepiej nada się do tej roli niż jego zadziorna sąsiadka?
Diana nie zamierza łamać własnych zasad, ale fikcyjny związek to idealna karta przetargowa w wojnie z upartym eks. Wkrótce robi się gorąco, intensywnie i... zdecydowanie zbyt prawdziwie.
Zasada "Dixon" to drugi tom pełnej namiętności i humoru serii „Campus Diaries” autorstwa bestsellerowej pisarki „New York Timesa” Elle Kennedy, osadzony w tym samym świecie co „Off Campus” i „Briar U”.
Recenzja:
Kocham twórczość Elle Kennedy. To jedna z tych autorek, której twórczością się nigdy nie zawiodłam, a wręcz przeciwnie: ciągle czymś mnie ta autorka zaskakuje. Uwielbiam to, że potrafi łączyć nieoczywiste wątki, kreować ciekawych bohaterów i opisywać emocje, uczucia, a nawet sceny seksu tak, że się nie jestem w stanie od tego oderwać wzrokiem.
Nie mam ulubionej książki czy ulubionej serii od Elle Kennedy - ale bez wątpienia "Zasada Dixon" zagościła w moim sercu i umyśle na dłużej, bo łączy w sobie kilka wątków, które bardzo lubię: romans sportowy (hokej i taniec), bycie sąsiadami, relację hate-love (gdzie od początku czuć, jak między postaciami jest chemia) czy też udawany związek. Ale, ale! To nie wszystko! Dostajemy tutaj także kwestię tego, że czasami są relacje, które nam nie służą (w szerokim tego słowa znaczeniu: że ktoś nas nie docenia i jesteśmy w stanie rozkwitnąć dopiero przy kimś innym lub kwestia tego, że nie można tkwić w związku, w którym nie ma zaufania i boimy się, że ktoś nas skrzywdzi: także fizycznie).
I tak, w tej historii dostajemy także wątek przemocy w relacji - ale podkreślam, że nie chodzi tu o relację między głównymi bohaterami. To właściwie z powodu strachu, który powodował w Dianie jej były partner, zdecydowała się ona być w udawanym związku z Shane'em - a on sam także chciał trochę utrzeć nosa swojej byłej dziewczynie, o której nie jest w stanie zapomnieć, a która ostatnio znalazła sobie nową miłość...
Mówiąc w skrócie: Shane i Diana mają wspólnych znajomych, więc znają się od dawna. I od dawna Diana robi wszystko, żeby nikt jej znajomy nie spotykał się z Shane'em - bo zdaje sobie sprawę, że w jej drużynie cheerleaderek złamał już niejedno kobiece serce. Tyle, że gdy to akurat on jest pod ręką i także przydałby mu się udawany związek... Cóż, rozwiązanie jest proste: ja robię coś dla ciebie, ty dla mnie, a w międzyczasie prawdę ukrywamy nawet przed swoimi najbliższymi, żeby się przypadkiem nie wygadali.
Jak długo można jednak udawać, że nic nie łączy w momencie, w którym wystarczy, że Diana i Shane są w jednym pomieszczeniu, a praktycznie zaczyna buchać między nimi ogień? Powiem Wam, że gdy już dochodzi do spicy scen (a ten moment jest dosłownie ikoniczny: będzie na co czekać, obiecuję!), to dopiero wtedy ma się wrażenie, że Elle Kennedy powinna tworzyć bardziej erotyki (a nie głównie romanse) - chociaż wydaje mi się, że gdyby nie otoczka, którą przy okazji pisarka kreuje, to by się pewnych rzeczy tak bardzo nie odczuwało.
"Zasada Dixon" to jedna z moich ulubionych książek tego roku. Nie wiem, jak mam to inaczej określić niż to, że po prostu jest to majstersztyk dopracowany w każdym możliwym elemencie. Podoba mi się każdy wątek - a szczególnie to, że autorka podkreśliła, iż nie zawsze od razu jesteśmy gotowi bronić się przed przemocą, ale gdy już do tego dojdzie, okazuje się, że mamy wokół siebie ludzi, na których wsparcie i pomoc możemy liczyć - nawet, gdy się tego nie spodziewaliśmy.
To nie jest tylko głupiutki romans, który szybko wyleci z Waszych głów. Dajcie szansę "Zasada Dixon" i zobaczcie, że to jest dosłownie must read i must have, który sprawi, że będziecie mieli jeszcze większą ochotę na to, co będzie przygotowywała dla nas w przyszłości Elle Kennedy.
Dodam, w ramach ciekawostki, że na podstawie jednej z serii tej pisarki tworzona jest ekranizacja - więc jestem ciekawa kiedy to wyjdzie i jak wyjdzie. Mam nadzieję (i mocno trzymam za to kciuki), że nie będzie to ostatnia seria, po którą sięgnie jakiś reżyser - bo to naprawdę romanse z górnej półki, najlepsze w swoim gatunku.
Polecam gorąco i uważam, że jeśli tylko macie ochotę na trochę miłości, "Zasada Dixon" i inne książki Elle Kennedy się Wam bardzo spodobają!

Przeczytana i uwielbiam, ale i tak nie przebije "Efektu Grahama"😁😁😁. Uwielbiam motyw hate-love i tutaj świetnie sobie autorka z nim poradziła. Uwielbiam ich złośliwości, zwlasza jak za kazdym razem Dixon usuwa Shana z czatu sąsiedzkiego🤭🤭🤭 i każdy bezsensowny powod na to😅🤣. Nawet jak wchodzi love, oni nadal są sobą. Nie są slodko pierdzący, tylko nadal lubią sobie dogryzać. Ten motyw przemocy I ciągły strach, brak poczucia bezpieczeństwa nawet we własnym domu, bardzo realistycznie opisała to autorka. Może nie bedzie to moja ulubiona książka Elle Kennedy, ale i tak świetnie się na niej bawiłam 😁😁😁
OdpowiedzUsuń