Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Anakonda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Anakonda. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 czerwca 2014

Ben Myers - "Green Day. Amerykańscy idioci"


Tytuł: Green Day. Amerykańscy idioci
Autor: Ben Myers
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 330

Opis:

Historia Green Day jest bardzo prosta: trójka szkolnych przyjaciół dorasta w położonych obok siebie małych robotniczych miejscowościach, zakłada zespół i ... sprzedaje ponad pięćdziesiąt milionów swoich płyt. Tylko że oczywiście nie było to aż tak proste. Droga tych zdeterminowanych dzieciaków z pewnością nie była usłana różami.
W 1989 roku nastoletni chłopcy zainspirowani energią brytyjskich zespołów punkowych postanowili założyć Green Day. Zespół koncertował niemal bez przerwy po Stanach Zjednoczonych, zapełniając wkrótce każdy undergroundowy klub, w którym się pojawiał. W 1994 roku Green Day podpisał kontrakt z wielką wytwórnią płytową i wydał album Dookie, który stał się absolutnym hitem na całym świecie. Muzykom udało się uchwycić ducha czasu w okresie, gdy muzyka rockowa wciąż nie mogła się otrząsnąć po śmierci lidera Nirvany, Kurta Cobaina. Od tamtej pory Green Day koncertuje na całym świecie, jest gwiazdą największych festiwali, otrzymał niezliczoną ilość nagród i nagrał albumy sprzedające się w milionach egzemplarzy.

Recenzja:

Green Day. Zespół, który rozpoczął działalność w 1987 roku i do tej pory utrzymuje się w rankingach najpopularniejszych wykonawców (jak podaje last.fm, w tym tygodniu znajduje się na 48 miejscu). Jak to się stało, że po prawie trzydziestu latach nadal są popularni? Jak w ogóle doszło do tego, że trzech zwykłych nastolatków z rodzin robotniczych tak się wybiło?
W latach osiemdziesiątych zmiany wisiały w powietrzu. Nie wyszło z miłością i pokojem, ludzie potrzebowali czegoś innego, nowego. Odpowiedzią był punk. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się zespoły popowo-punkowe i punkowo-rockowe. Green Day nie był pod tym względem wyjątkowy. Ale dlaczego mało kto pamięta o The Damned, a Green Day kojarzą wszyscy? Czy chodzi o to, że byli tak charakterystyczni? Nie, bo członkowie wszystkich zespołów punkowych wyglądali mniej więcej podobnie – tanie ciuchy, kolorowe włosy, makijaż. Czy mieli coś, czego innym brakowało? Mnóstwo energii, to pewne, ale nadal nie kluczowe. Ben Myers, autor biografii Green Day, pokusił się o odpowiedź na pytanie, dlaczego odnieśli sukces. Jeśli będziecie uważnie czytać jego książkę, na pewno ją znajdziecie.
Biografia dzieli się na trzy części: Początek, Środek i Jeszcze nie koniec. Myers opisuje początki zespołu, potem ich ewolucję, nie tylko muzyczną. Stosunkowo niewiele czasu poświęca życiu osobistemu członków zespołu, skupia się raczej na muzyce, którą tworzyli. Opisuje historię powstawania kolejnych płyt, relacjonuje własne spotkania z muzykami, jak również koncerty, między innymi ten z 1994 roku, kiedy to Green Day wystąpił na Woodstocku.
Zespół zaczynał od popowo-punkowych piosenek, ale wraz z kolejnymi płytami dojrzewali. Zamiast pisać teksty o dziewczynach i imprezach, skierowali swoją uwagę na politykę. Byli artystami, można powiedzieć, że wydarzenia z 2001 roku w pewien sposób ich do tego zmusiły. Poglądy, które głosili, były kontrowersyjne, bo nie uważali, by zabijanie było dobrą odpowiedzią na to, że ktoś został zabity. Co jest charakterystyczne dla tego zespołu, nie bali się mówić głośno, co myślą i to chyba się nie zmieniło przez wszystkie lata ich działalności. Oczywiście nie uniknęli oskarżeń o to, że się sprzedali, ale z tym prędzej czy później spotykają się wszyscy, którzy odnieśli sukces.
W końcu autor biografii doszedł też do pytania, które musiało się pojawić – czy punk umarł? Odpowiedź, jakiej udziela, kojarzy mi się z internetowymi memami, na których można przeczytać, że punk nie umarł, tylko leży gdzieś najeba….
Biografia została wydana w Ameryce w 2006 roku, w związku z czym sięga jedynie do 2005. Trochę szkoda, bo przez ostanie dziesięć lat wydarzyło się na pewno wiele rzeczy, o których można by napisać.
Plusem książki jest znajdująca się na końcu dyskografia zespołu, uaktualniona do 2013 roku. Oczywiście jak zwykle wydawnictwo Anakonda nie zawiodło, biografia Green Day jest równie ładnie wydana jak wszystkie inne książki z serii Gwiazdy sceny. Trzymanie jej w rękach to prawdziwa przyjemność.
Myślę, że książka powinna spodobać się wszystkich fanom zespołu, jak również osobom, które chcą dowiedzieć się czegoś więcej o tym, jak trzech zwyczajnych facetów zostało gwiazdami punk rocka.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda

  A na koniec coś do posłuchania...




czwartek, 16 stycznia 2014

Piotr Kowieski, Przemek Jurek - "W pogoni za Metalliką"


Tytuł: W pogoni za Metallicą
Autorzy: Przemek Jurek, Piotr Kowieski
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 448

Opis:
Czy wsiedlibyście w samolot i polecieli do Kalifornii tylko po to, aby po kilkunastu godzinach stania w olbrzymiej kolejce pod sklepem muzycznym wziąć autograf od członków Metalliki? Czy chcielibyście odwiedzić Kwaterę Główną zespołu, gdzie odbywają się wszystkie próby? Czy bylibyście w stanie czekać godzinami na koncert swojej ulubionej kapeli w mrozie lub upale, marznąc, mdlejąc lub odwadniając się? Czy chcielibyście, żeby James Hetfield poczęstował Was kebabem? Czy bylibyście w stanie znieść przez kilkanaście godzin przeokrutny smród, żeby tylko dostać się pod scenę na koncercie? Czy stworzylibyście własnoręcznie baner, aby tylko otrzymać pałeczkę od Larsa Ulricha? Czy chcielibyście sprowadzać lądujący na Okęciu samolot z członkami Metalliki na ziemię? Czy chcielibyście się zaprzyjaźnić z osobistym ochroniarzem Jamesa Hetfielda? Jeśli tak, to ta książka jest właśnie dla Was!
Piotrek Kowieski w środowisku fanów Metalliki znany jest pod ksywą Menios. Powiedzieć, że jest fanem tej thrashmetalowej grupy to mało. Jest on absolutnie zbzikowanym na punkcie tego zespołu ultrafanem, członkiem MetClubu i stałym bywalcem na koncertach Metalliki w każdym zakątku świata, na które jeździ wraz ze swoją żoną Kasią. Na większości ze swoich kilkudziesięciu koncertów stali oni w pierwszym rzędzie, tuż przy barierkach, zawsze z polską flagą w dłoniach. 
W tej książce Piotrek i Kasia opowiadają czytelnikom skąd się wzięła ich miłość do Metalliki, jak zaczęły się ich koncertowe wyjazdy, jak to robią, że są z zespołem w zasadzie zawsze i wszędzie, gdzie tylko można. Dla nich przedstawione powyżej pytania to nie żadne mrzonki czy marzenia – oni tam byli, to robili i to przeżyli. A wierzcie nam, że to tylko niewielka część historii, w których opowiadają o swojej pogoni za Metalliką.

Recenzja:

Jak można przeczytać w przedmowie napisanej przez Tomasza Kapicę, W pogoni za Metalliką to pierwsza na świecie książka, która nie skupia się na zespole, lecz na jego fanach – i są to moim zdaniem najbardziej trafne słowa, oddające charakter tej pozycji.
To książka o pasji Piotra Kowieskiego, pasji, którą dzieli ze swoją żoną Katarzyną – jest nią, jak łatwo się domyślić, Metallica, zwana również Metą.
Jak podaje mój profil na last.fm, Metallica znajduje się wśród 10 najczęściej odtwarzanych przeze mnie wykonawców. Z przyjemnością poszłabym na ich koncert, ale na 64? Nie jestem pewna. Choć tak naprawdę powinnam rozumieć Piotra i jego żonę, bo od ponad siedmiu lat jestem „ultrafanką” Eminema. Gdybym podobnie jak oni miała możliwości finansowe i kogoś, kto podziela moją pasję, kto wie, może miałabym już za sobą kilka jego koncertów?
Może zacznę trochę od końca, bo Piotr mówił o tym na zakończenie, ale czy zespół/wykonawca, którego widziało się tak wiele razy, jest jeszcze w stanie czymś zaskoczyć? Czy muzyka, której słucha się na okrągło, będzie podobała się zawsze? Zgadzam się z tym, że sentyment to silna rzecz, ale w pewnym momencie (powiedzmy po 16 tysiącach odtworzeń Eminema albo 64 koncertach Mety) nawet ulubiony artysta spowszednieje. Do tego dochodzą rozczarowania nowymi płytami, niezadowolenie z kierunku, w którym podąża muzyka ulubionego wykonawcy. Coś takiego na pewno wystarczy, żeby zniechęcić sezonowego fana, ale Piotra i jego żonę? Nigdy, oni – jak deklarują – będą jeździć za Metalliką do samego końca – jak mawiał klasyk, ich albo jego.
Piotr pisze, że aby podróżować (a w pogoni za Metalliką zwiedził wraz z żoną pół świata) wystarczy chcieć. Jasne, że pieniądze wszystko ułatwiają, ale człowiek, który umiejętnie nimi gospodaruje, będzie w stanie spełniać swoje marzenia – nawet jeśli nie ma ich wiele. Sam Piotr pracuje jako kontroler lotów, jego żona jest farmaceutką – nie narzekają na brak pieniędzy, ale na pewno nie można nazwać ich bogaczami. Mimo wszystko udało im się zobaczyć Metallikę 64 razy (Piotrowi, Kasi 62), zwiedzili mnóstwo krajów, poznali fanów Mety z całego świata – więcej, poznali osobiście swoich idoli. Po kilkudziesięciu koncertach, na których w większości stali w pierwszym rzędzie, tuż przy barierkach, trzymając w rękach biało-czerwoną flagę, zostali w końcu zauważeni – i zapamiętani – przez samych członków Metalliki. Marzenia się spełniają? Jasne, czemu nie!
Czy pisząc recenzję książki z wydawnictwa Anakonda zdarzyło mi się już zachwycać nad jakością wydania? Mam wrażenie, że robię to za każdym razem (no dobra, to nie wrażenie, to fakty), ale nic nie poradzę na to, że za każdym razem mnie zachwycają. Bardzo fajna, gruba okładka (chociaż nie tak miła w dotyku, jak te do książek z serii „Gwiazdy sceny”), staranne wydanie. A to, co znajduje się w środku? Musiałabym wypisać wszystkie synonimy do słowa „fantastycznie”, żeby oddać wrażenia. Mnóstwo zdjęć w dobrej jakości, skany biletów i przeróżnych pamiątek – to wszystko jest prawdziwym rajem dla oczu każdego fana, ale nie tylko, Metalliki! Ta książka nie jest jedynie suchą relacją z 64 koncertów Metalliki, Piotr urozmaica ją różnymi ciekawostkami, recenzjami płyt, zestawieniami ulubionych/nielubianych utworów Metalliki, coverów, innych zespołów.
Komuś mogłoby się wydawać, że sugerowana cena z okładki – 49,90 zł, jest nieco wydumana, ale zapewniam, że książka jest warta swojej ceny.
Wydawnictwo Anakonda planuje kolejne książki, tym razem o członkach Metalliki. Myślę, że W pogoni… to doskonały wstęp. Z niecierpliwością będę czekała na resztę.


Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda

środa, 18 grudnia 2013

Martin Clarke - "Pearl Jam & Eddie Vedder"


Tytuł: Pearl Jam & Eddie Vedder
Autor: Martin Clarke
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 264
Ocena: 7/10

Opis:

Znany rockowy kronikarz Martin Clarke prezentuje dogłębną biografię zespołu Pearl Jam i jego enigmatycznego lidera Eddiego Veddera, ich zawrotną karierę i burzliwą historię. Zagłębia się w reakcje muzyków związane ze zdobyciem ogromnej popularności, triumfem podczas rozdania nagród MTV i Grammy, głośnym konfliktem z Nirvaną, twórczym odrodzeniem dzięki powszechnie uznanemu albumowi „No Code” oraz ostatnim powrotem na szczyty list z płytą „Backspacer”. Niezwykły sukces zespołu przeplatany jest skandalami, osobistymi przemianami, napięciami między muzykami oraz nadużywaniem środków odurzających. Książka „Pearl Jam & Eddie Vedder” ożywia urzekającą historię muzyków, śledzi ich losy od samych początków undergroundowego grunge'u z Seattle, poprzez ekscesy i presję związane z gwiazdorstwem do ich bieżącego wcielenia dojrzałych rockmanów wagi ciężkiej. Niniejsze wydanie zostało poprawione i uaktualnione, dzięki czemu zawiera niepublikowane wcześniej fakty i historie, jak również uzupełnioną dyskografię.

Recenzja:

Nic na to nie poradzę, że kiedy przychodzi mi recenzować książki z wydawnictwa Anakonda, muszę pozachwycać się nad jakością wydania. Kolejna pozycja z serii Gwiazdy sceny, tym razem biografia zespołu Pearl Jam i Eddiego Veddera, jest wydana równie pięknie jak pozostałe książki. Gruba, przyjemna w dotyku okładka, ładne wykończenie i dobry papier, na którym świetnie wyglądają zdjęcia – wszystko to wpływa bardzo pozytywnie na zmysłowe wrażenia, gdy weźmie się ją do ręki.
Jak prezentuje się treść? Choć jest to pierwsze polskie wydanie, w Ameryce biografię można było przeczytać już kilka lat temu. Martin Clarke, bo to on ją spisał, opowiada o początkach zespołu, kompletowaniu składu, burzliwym rozwoju ich kariery. Choć poświęca kilka stron każdemu członkowi Pearl Jam, na pierwszy plan wysuwa się postać Eddiego. Przez większość czasu Clarke usiłuje rozprawić się z jego wizerunkiem artysty, który miał trudne dzieciństwo, powołując się na artykuły z magazynu Rolling Stone. Miałam pewne wątpliwości, co do motywów, jaki nim kierowały, gdy to robił, ale nad tym nie będę się rozwodzić. Clarke dużo czasu poświęca na komentowanie największych hitów zespołu, takich jak Alive czy Jeremy. Usiłuje dociec, co tak naprawdę było inspiracją Eddiego. Szczerze mówiąc, zmusiło mnie to do zastanowienia się, czy biografia była autoryzowana przez Veddera. Nie udało mi się znaleźć żadnych informacji na ten temat, ale podejrzewam, że nie.
Zasadniczo książka opisuje dzieje zespołu od założenia do 2011 roku, można więc uznać ją za wyczerpującą, choć mam wrażenie, że prawdziwi fani Pearl Jam nie dowiedzą się z niej nic nowego, jeśli na bieżąco śledzili informacje dotyczące ich ulubionego zespołu, bo Clarke bazował głównie na artykułach z magazynów (między innymi wspomnianego wyżej Rolling Stone) i różnych prasowych informacjach.
Jak głosi opis na okładce, „wydanie zostało poprawione i uaktualnione, dzięki czemu zawiera niepublikowane wcześniej fakty i historie, jak również uzupełnioną dyskografię”. Na anglojęzycznych portalach można znaleźć wiele recenzji czytelników, którzy zarzucają Clarke'owi nieścisłości, ba, niektórzy pokusili się nawet o wypunktowanie błędów. Choć przepadam za Pearl Jam, nie nazwałabym się wielką fanką, więc sama pewnie bym ich nawet nie zauważyła, ale skoro wydawnictwo podaje informację, że wydanie zostało poprawione, czuję się uspokojona i wierzę, że wersja, którą poznałam, nie mija się z prawdą.
Na koniec dodam, że wydawnictwo Anakonda wybrało sobie świetny moment na publikację biografii Pearl Jam, ponieważ zespół pojawi się w lipcu 2014 roku na festiwalu w Gdyni. Fani mogą czuć się rozpieszczeni! ;) 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda

środa, 11 grudnia 2013

Piotr Marzec - "Liroy. AutobiogRAPia"


Autor: Piotr Marzec
Tytuł: Liroy. AutobiogRAPia
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 240
Ocena: 9/10

Opis:

Autobiografia legendy polskiego rapu i producenta muzycznego, Liroya.


Recenzja:

Bo to Kielce, Kielce są bracie
Zajebista nora, lepszej nie znajdziecie*
           
            Jest w ogóle ktoś, kto nigdy nie słyszał o Liroyu? Chyba tylko aktualni uczniowie gimnazjów. Każdy, kto dorastał w latach dziewięćdziesiątych, dobrze zna ten pseudonim i istnieją duże szanse, że swego czasu słuchał na okrągło jego kawałków.
            Kielce są moim miastem rodzinnym, więc do Liroya mam szczególny sentyment. Jak chyba każdy fan polskiego hip-hopu dodatkowo darzę go szacunkiem, bo wyprzedził innych raperów o wiele lat i śmiało można nazwać go ojcem polskiego rapu. Przyznam szczerze, że kiedy zobaczyłam zapowiedzi jego autobiografii, nieźle się nakręciłam. Spodziewałam się czegoś dobrego i nie zawiodłam się, choć to co dostałam, nie do końca pokryło się z moimi oczekiwaniami.
            Piotr Marzec aka Liroy pisze o swoim dzieciństwie, o czasie, który poprzedzał jego sceniczny sukces. Bywało, że idąc wzdłuż Silnicy (Tu Silnica, Silnica płynie tu!*), zastanawiałam się, co obecnie porabia Liroy. Długo zapowiadana płyta pt. Przerwa powoli staje się legendą, którą można by porównać do Detoxu Dr. Dre. Chyba wielu przestało już wierzyć, że kiedykolwiek się ukaże. Miałam cichą nadzieję, że jego autobiografia zaspokoi moją ciekawość pod tymi względami. Nie odpowiedziała na moje pytania, ale dzięki niej poznałam bliżej historię Piotra Marca, historię, która okazała się fascynująca.
            Książka miała zostać spisana przez Grzegorza Halamę, ale jak można przeczytać w słowie od autora, brakło na to czasu, więc ostatecznie napisał ją sam Piotr Marzec. I wyszło mu to znakomicie! Wiadomo, jaka jest specyfika języka rapera, Liroy nie ma żadnych oporów przed używaniem przekleństw. I dobrze, bo brzmi dzięki temu naturalnie. Pisze szczerze, bezpretensjonalnie i z humorem. W prostych słowach przedstawia historię swojego życia, opisuje dom rodzinny, piekło, jakie przechodził z ojcem alkoholikiem, pierwsze ucieczki, potem wyjazdy za granicę, fascynację rapem. Dużo miejsca poświęca na opisanie swojego dzieciństwa, które w większości spędził na osiedlowych boiskach. Fakt, że uprawiał tyle sportów, był dla mnie nowością. Poza tym opisuje „miejskie życie”, wszystkie ustawki, osiedlowe bijatyki. Osiedle Sady, na którym mieszkał, obecnie jest wielkim blokowiskiem, ale odnoszę wrażenie że z chwilą, gdy nastała era komputerów, rzeczy, jakie Liroy opisuje w swojej autobiografii, przestały się dziać – przynajmniej na taką skalę. Kiedyś dzieciaki nie miały co robić, wychodziły więc przed bloki i próbowały jakoś zorganizować sobie czas – najczęściej wpadały przy tym na głupie pomysły. Teraz każdy siedzi w swoim mieszkaniu przed ekranem komputera, jego życie towarzyskie toczy się na fejsbuku. Słucha muzyki ze swojego iPoda, a z domu wychodzi, kiedy matka zmusi go do wyniesienia śmieci.
            Kiedyś było inaczej, ciekawiej. Choć niejednokrotnie się kradło i kombinowało, a półki w sklepach były puste, ludzie byli inni. Potrafili spakować się w jeden plecak i z zajumanym namiotem uderzać na Szwajcarię. Co jak co, ale wyobraźni Liroyowi nie można odmówić. I odwagi. Spełniał wszystkie swoje szalone pomysły, mając gdzieś konsekwencje (co przywodzi mi na myśl fragment jednej z jego piosenek: A baba do mnie mówi: „Jesteś chłopcze psychiczny”. Mnie to wali, mam młot pneumatyczny**).
            Mam bardzo dobre wrażenia po lekturze. Czytało się znakomicie, niejednokrotnie Liroyowi udało się mnie rozbawić. Dodatkowo zawsze fajnie czyta się o znanych miejscach. Piotrowi Marcowi mogę pogratulować szczerości i odwagi. Panie Piotrze, dobra robota!
            Czy polecam? Oczywiście, bo książka – mówiąc językiem autora – jest zajebista!
           
­­­­­­­­­­­­­­­­­____________________________________________
*Fragmenty z piosenki pt. Scyzoryk.
**Fragment z piosenki pt. Skaczcie do góry. 


Za książkę dziękuję wydawnictwu Anakonda


środa, 4 grudnia 2013

John Taylor - "W rytmie przyjemności. Miłość, śmierć & Duran Duran"


Tytuł: W rytmie przyjemności. Miłość, śmierć & Duran Duran
Autor: John Taylor
Wydawnictwo: Anakonda
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 380
Ocena: 7/10

Opis:

John Taylor, współzałożyciel Duran Duran, zabiera czytelnika na szaloną przejażdżkę po swoim życiu. Począwszy od lat osiemdziesiątych po dzień dzisiejszy i ostatni album „All You Need is Now”, John pisze o muzyce, imprezach i klipach dla MTV, które oszałamiały miliony fanów.
W swojej szczerej i przekonującej autobiografii John wspomina swoje najjaśniejsze momenty: spędzanie czasu z takimi ikonami jak David Bowie, Andy Warhol, czy nawet James Bond; spotykanie się z modelkami z okładek magazynu Vogue i jeżdżenie szybkimi samochodami. A wszystko to w czasie intensywnych występów ze swym ukochanym zespołem. Miał jednak przed sobą także trudne bitwy do stoczenia – zawirowania, które doprowadziły go na krawędź autodestrukcji, zanim odmienił swoje życie.
Przepełniona humorem, szczerością i ciężko zdobytą życiową mądrością oraz wyjątkowymi fotografiami autobiografia Johna Taylora stanowi fascynujący portret mężczyzny, który igrał z ogniem i wyszedł z tego bez szwanku.

Recenzja:

Duran Duran to brytyjski zespół rockowy, założony przez dwójkę przyjaciół - basistę Johna Taylora i klawiszowca Nicka Rhodesa. Został utworzony w 1978 roku i działa do dziś, choć szczyt popularności osiągnął w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku – wyjaśnienie specjalnie dla osób, które czytając tę recenzję, mogą po raz pierwszy spotkać się z nazwą Duran Duran.
Ach, szalone lata osiemdziesiąte. Po przeczytaniu autobiografii Taylora jestem przekonana, że chętnie by do nich powrócił. Fantazyjne fryzury, kolorowe ciuchy i dekadencja, którą dało się niemal wyczuć w powietrzu – te czasy miały w sobie coś niepowtarzalnego, coś, co nigdy już nie powróci.
Osobiście nie przepadam za muzyką popularną. Żadna Lady Gaga czy Katy Perry nie robią na mnie wrażenia. Jeśli już słucham popu, to właśnie tego z lat osiemdziesiątych, siedemdziesiątych, nawet sześćdziesiątych. Była jakaś pozytywna energia w tej muzyce, o której pisze zresztą Taylor i której próżno szukać dzisiaj w stworzonych przez komputer melodiach.  
John (a właściwie Nigel) nie miał zadatków na gwiazdę. Nieśmiały i wycofany – idealnie nadawał się na szkolną ofiarę. Został wychowany w katolickiej rodzinie, wywodzącej się z klasy robotniczej i był zwyczajnym dzieciakiem, dla którego w pewnym momencie muzyka stała się bardzo ważnym elementem życia. Ciężko stwierdzić, czy chodziło o osobiste predyspozycje, czy to wpływ tamtych czasów – niemniej jednak John Taylor odkrył w sobie pasję, którą potrafił przekuć w sukces.
Czytając jego autobiografię, miałam wrażenie, że łatwo poszło. Mówi się, że początki są zawsze trudne, ale im wszystko przyszło jakby mimochodem. I to przekonanie, o którym pisał Taylor – wiedział, że się uda i że Duran Duran odniesie sukces. Jak na nieśmiałego dzieciaka, był całkiem pewny siebie – kiedy nie wyszły mu studia, poprosił rodziców, by dali mu rok, w czasie którego chciał poświęcić się muzyce. Rok, by zostać gwiazdą. Niedużo? Jemu się udało.
Książka dzieli się na trzy części. W pierwszej Taylor opisuje swoje dzieciństwo i drogę do sławy, druga w większości opowiada o szalonych imprezach, w których brał udział, związkach z różnymi kobietami i o tym, co działo się w zespole. W trzeciej opisuje swoje małżeństwa, odwyk i próby reaktywacji Duran Duran. Wszystko okraszone jest dużą ilością zdjęć – kolorowych i czarno-białych, w większości pochodzących z jego prywatnej kolekcji – gratka dla każdego fana i niezła ilustracja dla osób, które mają niewielkie pojęcie o latach osiemdziesiątych.
Autobiografia to dość specyficzny gatunek. Szczerze mówiąc, wolę biografie, bo choć osoba, która pisze swoją autobiografię, mogła mieć naprawdę interesujące życie, niekoniecznie musi mieć pojęcie o pisaniu. John Taylor radzi sobie nie najgorzej, ale pod względem literackim nie robi większego wrażenia. Swoją drogą, choć miał ciekawe życie (jak mogłoby być inaczej, skoro jest ikoną popkultury lat osiemdziesiątych), nie było aż tak ciekawe, więc koniec końców poleciłabym tę książkę fanom Duran Duran.
Kiedy weźmie się do ręki autobiografię Johna Taylora, pierwszą rzeczą, na jaką zwraca się uwagę, jest sposób, w jaki została wydana. Wrażenie jest więcej niż dobre – gruba, solidna oprawa, kredowy papier, estetyczne wykończenie – wydawnictwo Anakonda można postawić za wzór, jak powinno wydawać się książki. Przynajmniej jeśli chodzi o grafikę, bo niektóre rozwiązania redaktora (np. „angielski” zapis dialogów) nie przypadły mi do gustu.
W rytmie przyjemności to pozycja, którą każdy szanujący się fan Duran Duran powinien posiadać na swojej półce. Zbliżają się święta, jeśli ktoś nie ma pomysłu na prezent, autobiografia Johna Taylora jest doskonałym rozwiązaniem! Na pewno nie będziecie żałować wydanych pieniędzy.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Anakonda

 



niedziela, 17 listopada 2013

Tim Severin - "Wiking. Dziecko Odyna."


Autor: Tim Severin
Tytuł: Wiking. Dziecko Odyna.
Wydawnictwo: Anakonda
Data wydania: 2013
Ilość stron: 424
Ocena: 9/10


Opis:

W 1001 roku Thorgils Leiffson, będący dzieckiem Leifa Szczęściarza i Thorgunny, dopływa do brzegów Grenlandii, gdzie wychowuje go młoda Gudrid. Thorgils to bohater odznaczający się bystrością i umiejętnością dostosowania do okoliczności. Po swojej matce odziedziczył zdolność jasnowidzenia. Jego mentorzy uczą go starych obyczajów i ostrzegają przed nadejściem Białego Chrysta na ziemie „Starych Bogów.” Sterowany żądzą przygód oraz zamiłowaniem do wędrówek typowych dla ulubionego boga, Odyna, Thorgils wyrusza w świat niewyobrażalnych niebezpieczeństw i odkryć.

Recenzja:

Opis od razu skojarzył mi się z "Hobbitem". Nie pytajcie czemu, po prostu zakochałam się od pierwszego czytania w tej niesamowitej powieści. Mój mózg po zapoznaniu się z opisem zaklasyfikował tę książkę do półeczki: "muszę mieć" i tak stałam się posiadaczką "Wikinga", którego egzemplarz dostarczyło mi Wydawnictwo Anakonda (dziękuję! :)).


Kto z nas moli książkowych nie lubi przygody i odrobiny magii? Idealne wprost połączenie, a jeśli dochodzi do tego tajemnica, to już istny raj.

Głównym bohaterem, który opowiada o swoich losach od momentu poczęcia jest Thorgils Leiffson. Postać jest typowym włóczykijem, czyli nie może usiedzieć jednej chwili na miejscu. Uwielbia przygody, nie brak mu także odwagi i wigoru. Pozostali bohaterowie, których poznajemy w miarę biegu kartek także są dość wyjątkowi. Szczególnie moją uwagę zwróciła matka głównego bohatera. Jest to dość postawna kobieta w każdym tego słowa znaczeniu. Przypominała mi latarnię morską pośród sztormu - potężna i niewzruszona, a także milcząca. Później okazało się, że budowa tej kobiety, która budziła postrach ludzi, nie była jedynym elementem, który czynił ją znaną. Thorgunna okazała się volvą, czyli czarownicą, a niezwykłe zdarzenia, o których macie możliwość przeczytać w książce tylko tę teorię potwierdzają.

Życie nie było jedynym prezentem, jaki otrzymał Thorglis od swojej rodzicielki. Wraz z przyjściem na świat otrzymał on specyficzny dar jasnowidzenia.

  Książka jest podzielona na rozdziały, a przed właściwą treścią mamy list, z którego możemy się dowiedzieć co nieco o powieści.

Akcja rozgrywa się w 1001 roku w różnych miejscach. Mamy tutaj raczej do czynienia z podróżą między poszczególnymi terenami. Cała trasa jest zaznaczona na mapkach z przodu, co odczuwam jako kolejne podobieństwo do "Hobbita".

Mimo, że widać było inspirację autora twórczością Tolkiena, to w żadnym stopniu nie jest to kopia lub parafraza tekstu słynnego pisarza! Severin wymyśla swoje własne sytuacje, które są charakterystyczne dla "Wikinga".

Język prosty, ale jednocześnie czuje się w nim jakąś magię. Czytając nie trzeba się specjalnie wysilać, nie są zastosowane jakieś karkołomne archaizmy, czy wyrazy nie z tej ziemi. Jednak książka jest stylizowana na typową dla ludzi z X w.! Taki zabieg przenosi nas w czasie i na moment możemy się oderwać od teraźniejszości.

Tak więc, reasumując, gorąco Wam polecam. :)

Wasza Ariada :)

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Anakonda :)


niedziela, 10 listopada 2013

Neil Daniels - "AC/DC. Wczesne lata z Bonem Scottem"


Autor: Neil Daniels
Tytuł: AC/DC. Wczesne lata z Bonem Scottem
Wydawnictwo: Anakonda
Data wydania: 2013
Ilość stron: 200
Ocena: 8/10

Opis:

Historia jednego z najsłynniejszych zespołów rockowych na świecie. Książka przedstawia okres kiedy wokalistą był Bon Scott.

Recenzja:

Właściwie każdy z nas kiedykolwiek słyszał o AC/DC, nawet jeśli nie jest fanem hardrockowych zespołów. Jest to na tyle rozpoznawalny zespół, a przede wszystkim frontmen, czyli Ronald Belford Scott (znany także jako Bon Scott). Mówiąc szczerze temat zespołu przewija się od wielu lat, wydawałoby się, że nic więcej nie możemy się dowiedzieć o tej legendzie rocka. Okazuje się jednak, że książka jest tak dobra i pokazuje niektóre fakty w zupełnie nowym świetle. Tak jak inne pozycje z serii "Gwiazdy sceny", które wcześniej udało mi się przeczytać i zrecenzować, nie jest to typowa nudna biografia. Znajdują się tutaj cyaty i dość przystępny język, który moim zdaniem przypadnie do gustu osobie w każdej grupie wiekowej.

Grupa AC/DC nadała nowy wymiar muzyce rockowej, wprowadziła dynamikę i nową energię do tego gatunku. Świetne wykorzystali potencjał gitar. Mogłabym jeszcze wymieniać wiele rzeczy, które wpłynęły na to, że ten zespół hardrockowy stał się legendą, lecz nie widzę w tym sensu. Każdy kogo interesuje ta muzyka lub sam zespół może sam przekonać się o tym, słuchając którejś z płyt AC/DC.

Tytuł książki ("AC/DC. Wczesne lata z Bonem Scottem") może sugerować, że zostaniemy zasypani lawiną informacji o Scottcie, ale nic bardziej mylnego. Owszem postać Bona jest dość dokłądnie opisana, a na dodatek ciekawie, lecz mamy także możliwość poznać innych człownków zespołu. Mnie najbardziej zafascynowała postać gitarzysty Angusa Younga, ale wszyscy są bardzo oryginalni i dość szaleni.

"Sława AC/DC rozpoczęła się w 1973 roku w Sydney w Australii." W jednym zdaniu zawiera się cały początek tej historii. Jest miejsce, jest czas - można więc uznać tę datę za początek narodzin legendy.
Książkę tak naprawdę pochłania się jednym tchem. Trzeba tylko pamiętać, aby podczas czytania nie zapomnieć o oddychaniu. Te diweście stron to naprawdę kopalnia wiedzy o światowym zespole. Jeśli ktoś grzeszy wyobraźnią, to patrząc na litery składające się w tytuły utorów można usłyszeć w głowie te świetne nuty.
Bon Scott był, jest i będzie na zawsze odpowienikiem króla dobrej muzyki.

"Imię Bona Scotta zyskało wielką sławę, uznanie i szacunek, jakich chyba nikt nie potrafił sobie wyobrazić.
Legenda wciąż żyje. RIP Bon Scott."

Końcowe strony poświęcone są opiniom o zespole różnych osób. Myślę, żee to szczególnie nadaje wyjątkowy charakter tej książce, która poniekąd pewną część zawdzięcza opiniom fanów AC/DC. Od tej właśnie cześci, czyli posłowia, bije największe światło, które sprawia, że całość jest świetnym tworem. Ludzie tworzą historię poprzez ciągłej pamięci o wybitnych jednostkach. Tę pamięć pokazali wyrażając swoje opinię publicznie.

"Niezależnie od miejsca, w którym oglądasz koncerty AC/DC - czy jest to wyprzedany do ostatniego miejsca stadion, czy ogromna arena, czy też miejscowe kino, które wyświetla występ - muzyka tego zespołu jest śmiałym symbolem bezkompromisowego podejścia do rocka [...]."

Uwielbiam patrzeć jak ta książka prezentuje się na mojej półce. Polecam. :)

Wasza Ariada :)

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Anakonda :)



środa, 2 października 2013

Joe Schooman - "Bruce Dickinson. Iron Maiden"

Autor: Joe Schooman
Tytuł: Bruce Dickinson. Iron Maiden
Wydawnictwo: Anakonda
Data wydania: 2013
Ilość stron: 292
Ocena: 8/10

Opis:

Bruce Dickinson znany jest przede wszystkim jako legendarny wokalista gigantów heavy metalu – grupy Iron Maiden. Wraz z kolegami wspiął się na sam szczyt i został jedną z ikon rocka na świecie. Jego historia z czasów, gdy nie był w zespole jest również niezwykła. Od początków w zespole Samson, jednym z przedstawicieli New Wave of British Heavy Metal, aż po jego karierę solową, która przyniosła mu również duży sukces.

Mało kto jednak wie, że Bruce Dickinson to prawdziwy człowiek renesansu. Poza swoją codzienną działalnością w Iron Maiden pisze on powieści przygodowe, prowadzi programy w radiu, jest prezenterem telewizyjnym, uprawiał przez wiele lat szermierkę, pasjonuje się historią wojskowości, a gdy akurat nie koncertuje, to w wolnych chwilach pracuje jako pilot 230-osobowych samolotów Boening 757 w liniach Astraeus Airlines. O tym wszystkim również dowiecie się z tej niezwykłej biografii.

Ta książka opowiada o losach Bruce’a od czasów wczesnej młodości aż po chwile największych triumfów i obecny status legendy heavy metalu jako frontman Iron Maiden.


Recenzja:


"To nie jest historia Iron Maiden, leczopowieść o artyście, którego słowa i czyny wpisują się w świadomość ludzi już ponad trzydzieści lat."


Właściwie powyższe zdanie jest najlepszym opisem, wprowadzającym do książki. Historia bardzo kontrowersyjnej postacji muzycznej - Bruce'a Dickinsona. Bruce jest postacią historyczną, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało. Czy możemy porównywać tego bohatera na przykład z Mieszkiem I? Przecież książe też był postacią historyczną. Jednak, kiedy mówiłam tak o Dickinsonie, miałam na myśli, że wpisał się w historię, czyli dał przyszłym pokoleniom coś niezwykłego, ponadczasowego. Zapoczątkował coś. Tym czymś jest dobra muzyka, dał nam ją, nie oczekując niczego w zamian.

Jednak, czy ktoś wtedy, ponad trzydzieści lat temu wiedział kim jest ten człowiek? Nikt, no chyba, że istnieją jasnowidze. Dlatego zespoł nie był traktowany jak bogowie zstępujący z Niebios, tylko zwykłe dzieciaki, które grają coś innego.

"Na początku było im trudno - wspominał Torme. - Nastrój publiczności był nieprzewidywalny."

Co mogę powiedzieć o fabule? Nie odkryję przed Wami Ameryki, jeśli powiem, że jeśli chciałabym tutaj recenzować każdy fragment książki, napisałabym drugą powieść. Dlatego nie zamierzam tego robić, bo kto by to czytał? Znacznie opłacalniej byłoby samemu przeczytać i zanalizować niż czytać wynurzenia kogoś obcego. Dlatego ktoś bardzo mądrze kiedyś wymyślił, żeby recenzja była krótka, zawierała najważniejsze informacje i zachęcała czytelnika do książki. Nie chcę Wam dawać analizy, chcę przedstawić moją ogólną opinię.


Jeśli spodziewacie się nudnego tekstu, ogromu dat, a wręcz drugiej książki do historii, to muszę Was zmartwić. To nie jest jakiś podręcznik, to jest czysta wiedza, opowiedziana w taki sposób, że nie przeszkadza Ci data raz na jakiś czas, jeśli jest konieczna. To jest lektura must-read dla fana, nie tyle Iron Maiden, co samego Dickinsona.

Styl jest łatwy, czasem żartobliwy. Kotłownia cytatów, wypowiedzi członków zespołu, osób w jakiś sposób z nim powiązanych, samego artysty z tytułu.

Moim zdaniem potrzebne są takiego typu książki, które są powszechnie dostępne. Można iść i w kilkuset stronach (to naprawdę niewiele, bo czyta się błyskawicznie!) poznać historię zanych postaci muzycznych.
Bez zbędnych słów, przecinków, kropek. Wszystko od A do Z nasycone czystą historią. Czytając, czuję klimat tamtych lat.

Polecam nie tylko fanom Bruce'a Dickinsona. :)

Wasza Ariada :)


Za książkę dziękuję Wydawnictwu Anakonda :)



niedziela, 29 września 2013

Trevor Baker - "Depeche Mode. Wczesne lata 1981-1993"

Autor: Trevor Baker
Tytuł: Depeche Mode. Wczesne lata 1981-1993
Wydawnictwo: Anakonda
Data wydania: 2013
Ilość stron: 
Ocena:

Opis:

Depeche Mode jest jednym z najbardziej popularnych brytyjskich zespołów na świecie, fenomenem, którego płyty sprzedają się w milionach egzemplarzy, a album „Sounds Of The Universe” znalazł się w pierwszej trójce na listach przebojów w 25 krajach. Jednak to seria niesamowitych albumów z wczesnych lat działalności sprawiła, że stali się legendą i zdobyli armię szczerze oddanych fanów. Krążki takie jak „Some Great Reward”, „Black Celebration” i „Music For The Masses”, w swoim czasie w większości ignorowane przez brytyjską prasę, doprowadziły do tego, że muzycy ci z każdym rokiem mieli coraz silniejszą pozycję na rynku i coraz więcej artystów nowego pokolenia tworzyło pod ich wpływem. Teraz w książce „Depeche Mode. Wczesne lata” pochylono się nad tymi klasykami - od debiutanckiego „Speak & Spell” z roku 1981 aż po „Songs Of Faith And Devotion” z 1993 – a także zawarto wywiady z muzykami sesyjnymi oraz realizatorami dźwięku, którzy mogli przyglądać się ich pracy na własne oczy. Dzięki nowej płycie „Delta Machine” wydanej w 2013 roku, zespół Depeche Mode ponownie pokazał swoją moc, a nowe pokolenie fanów czeka, żeby go odkryć.

Recenzja:

Książka Trevora Bakera jest to praktycznie rzecz biorąc biografia, dzieje, jak kto woli wczesnej działalności zespołu Depeche Mode. Nie będę Was oszukiwać, że jestem zagorzałą fanką tego bandu, bo nie jestem. O  zespole nie wiedziałam kompletnie nic zanim wzięłam się do czytania. Spodziewałam się czegoś bardziej klasycznego, oczywiście nie wypisania samych gołych faktów, bo kto by to czytał? Znudzilibyśmy się bardzo szybko, a pieniądze, które wydalibyśmy na książkę bezpowrotnie byśmy utracili. Mamy przecież Wikipedię, która jest równie dorym źródłem "suchych dat". Nie spodziewałam się kompletnie, że dostanę w ręcę coś, co mnie tak bardzo wciągnie. Łatwy i przystępny język, liczne cytaty członków Depeche Mode, ludzi z ich otoczenia, a to wszystko chronolicznie opisujące ciekawą historię zespołu. Kto by pomyślał, że taki Andy Fletcher w młodości był nie kim innym jak... agentem ubezpieczeniowym! Nudny zawód zamienił jednak, na nasze szczęście i wdzięczność muzyki pop, na znacznie bardziej niepewny, ale i ekscytujący kawałek chleba.
Nieraz uśmiech pojawił się na mojej twarzy przy czytaniu co ciekawszych fragmentów. Człowiek myśli sobie, że jest rzeczą niemożliwą, aby taka sławna osoba musiała kiedykolwiek dorabiać na boku. Owszem są sławni, ale zanim się tacy stali, przebyli niemałą drogę. Członkowie tego zespołu są dla mnie jak najlepszym dowodem na to, że "nie ma rzeczy niemożliwych". Po odrzuceniu przez niezliczoną ilość wytwórni, którym nie podobała się ich muzyka lub uważały utwory za zbyt ekscentryczne, nie poddali się. Jak widać, opłaciło się.

"(...) kiedy weszli, tylko na nich spojrzał i jęknął. Niewykluczone, że to przesada, lecz w tamtym czasie Dave i Vince nie prezentowali się jak czyjkolwiek pomysł na przyszłość elektropopu."

Zdarzali się jednak i tacy, którzy "mieli nosa" co do tego, kto właśnie stoi przed nimi. Ci nieliczni wiedzieli, że młodzi ludzie, którzy są może tacy nieśmiali i niezbyt modnie się ubierają, niedługo staną się legendą.
Jaka jest zaleta tej książki? Pokazuje Depeche Mode jako chłopców. Młodych i zdeterminowanych, ale przede wszystkim zwyczajnych. Takich, z którymi każdy nastolatek, czy wspólczesny, czy z lat 80. XX w., kiedy to debiutowali, mógł się utożsamić.

"Byli najbardziej czarującymi, słodkimi i najmilszymi gośćmi, jakich można spotkać" - wspominał. (...) Nie byli czwórką dzieciaków działających bez zastanowienia, gotowych od razu podjąć wyzwanie. Zamiast <<Spoko, zróbmy to>> słyszałem: <<Najpierw muszę to uzgodnić ze swoją dziewczyną>>".


Polecam fanom Depeche Mode, ale także osobom, które niespecjalnie interesują się ich muzyką. Ciekawa książka o grupce dzieciaków, która swoim uporem udowodniła, że jest, była i zawsze będzie wielka.

Wasza Ariada :)

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Anakonda :)



czwartek, 11 lipca 2013

Matt Bondurant - "Hrabstwo ponad prawem"


Autor: Matt Bondurant
Tytuł: Hrabstwo ponad prawem
Wydawnictwo: Anakonda
Data wydania: 2013
Ilość stron: 340
Ocena: 6/10

Opis:

Powieść Matta Bonduranta Hrabstwo poza prawem powstała na podstawie prawdziwej historii dziadka autora, Matta i jego braci. Hrabstwo poza prawem to porywająca opowieść o więzach krwi, chciwości i zbrodni.
Bondurantowie są sławnym zabijakami i bimbrownikami, przemycającymi alkohol w hrabstwie Franklin, w Wirginii, podczas lat prohibicji, a także po jej zniesieniu. O ich śmiałych poczynaniach i drwieniu ze śmierci krążą legendy. Wśród braci prym wiedzie Forrest, charyzmatyczny, małomówny przywódca. Najstarszy brat, Howard, ma ciało i krzepę gladiatora, lecz jego duszę nawiedzają koszmary Wielkiej Wojny. Jack, najmłodszy z rodzeństwa, marzy o wielkim świecie, zbytkach i zbudowaniu rodzinnego imperium. Wszyscy trzej próbują osiągnąć szczęście w miłości i interesach na przekór wojnie, zarazie, śmierci, Wielkiemu Kryzysowi i stróżom prawa.
„Biały muł”, „biały piorun”, „samogon”, „zajzajer”, „whiskey z pniaka”, „górski zdrój” - pod tymi i jeszcze innymi nazwami bimber spływał szerokim strumieniem z położonego w górach hrabstwa Franklin na okoliczne hrabstwa i sąsiednie stany. Gdy Sherwood Anderson, dziennikarz i pisarz amerykański przyjechał w te strony, by zrelacjonować proces gangu przemytników, nazwał to miejsce „hrabstwem najwyższego nasączenia” i „najbardziej mokrym hrabstwem świata”. Zafascynowany niezłomnością ducha mieszkańców, Anderson pragnie odnaleźć braci Bondurant i dojść po nitce do kłębka „Wielkiego Spisku Przemytniczego”.
Żywa i wyrazista proza Matta Bonduranta budzi do życia autentyczne postaci, ich ciemne interesy, zmowę milczenia i pragnienia serc. Jego przenikliwy obraz świata targanego namiętnościami, przemocą i rozpaczą, jest równie wzruszający, co wspaniały.


Recenzja:

Po tak obszernym i szczegółowym wprowadzeniu do książki, wątpię w sens podawania Wam jeszcze raz tego wszystkiego w mojej recenzji. Dlatego nie będzie w niej opisu zdarzeń. Postaram się Wam jednak przybliżyć to wszystko, co jest istotne dla recenzji, czyli styl autora, uczucia towarzyszące podczas czytania i oczywiście zachętę lub stanowczą krytykę powieści.

Szczerze mówiąc, miałam spory problem z postawieniem oceny. Nie wiedziałam, czy mam dać najniższą, czy może najwyższą notę. Gdybym miała brać pod uwagę jedynie to, co ja lubię w książkach, co łatwo czyta się, ale jedynie z mojego zupełnie subiektywnego punku widzenia, ta powieść dostałaby zdecydowanie 1/10. Jednak... No właśnie, zawsze jest jakieś jednak, zawsze trzeba spojrzeć na książkę z innej strony, niż tylko to, co nam przypada do gustu. Ta powieść jest świetna pod względami takimi jak: styl, przejrzystość faktów, splot wydarzeń, a także ogólnie treść. Jednakże jest zdecydowanie przeznaczona dla osób starszych, które chcą zagłębić się w lekturze dobrej i przemyślanej powieści kryminalnej.

Obfitość scen walki pokazuje nam świat tamtejszych czasów wojennych na terenach hrabstwa Franklin, a był to świat pełen przemocy i krwi.

Autor w doskonały sposób zrównoważył treść powieści, nie przesycając jej tylko samą akcją. Można się tam doszukać wielu opisów. Pan Bondurant uracza nas także sporą dawką "życiorysów", czyli pisze o życiu bohaterów, pokazuje przeszłość, wprowadza nas w tamten świat, tak żywy na jego kartach.

A więc, powracając do mojej kalkulacji, będąc w zgodzie z tym wszystkim, co Wam przedstwiłam, powinnam postawić 5/10. Ale, ten jeden punkt więcej znalazł się tutaj nieprzypadkowo. Nie chciałam zniechęcać wiernych czytelników tego typu literatury do przedstawianej przeze mnie pozycji, ponieważ naprawdę warto się z nią zaznajomić, jeśli osiągnęło się wystarczający poziom, aby ją docenić. :)

Wasza Ariada :)

Książkę miałam okazję przeczytać dzięki Wydawnictwu Anakonda, za co serdecznie dziękuję. :)


Kirkman Robert - "Żywe trupy. Tom I i II"

Autor: Kirkman Robert
Tytuł: Żywe trupy. Tom I i II (audiobook CD)
Wydawnictwo: Anakonda
Data premiery: 2013
Długość: 2 godziny 53 minuty 39 sekund
Ocena: 10/10

Opis:

Pierwsza na świecie adaptacja dźwiękowa kultowego komiksu.
To trzymająca w napięciu historia Ricka, wzorowego policjanta z małego miasteczka, który postrzelony podczas pościgu za zbiegami budzi się ze śpiączki w opustoszałym szpitalu. Staje przed niezwykle trudnym zadaniem - w świecie opanowanym przez krwiożercze zombie musi odnaleźć żonę i syna. Ale najpierw - musi przeżyć.
Na podstawie komiksu powstał bijący rekordy popularności serial telewizyjny pod tym samym tytułem.
Adaptacja audio komiksu, to niezwykle trudne zadanie, którego podjęli się twórcy superprodukcji Gra o Tron - studio Sound Tropez.
W przedsięwzięciu udział wzięli m.in. Anna Dereszowska, Maria Seweryn, Jacek Rozenek i Szymon Bobrowski.
Znakomita obsada, wciągająca fabuła, świetna muzyka i spektakularne efekty specjalne to gwarancja doskonałej rozrywki.

Recenzja:

"Żywe trupy" były moim pierwszym spotkaniem z audiobookiem. Czy udanym ? Jak najbardziej ! Widać to przede wszystkim po mojej ocenie tej adaptacji komiksu. Do tej pory nie byłam za bardzo skora do słuchania, jak inni czytają. Odrzucało mnie to, w końcu mówi się, że "jeśli chcesz coś zrobić dobrze, musisz zrobić to sam", prawda ? Taką zasadę wyznawałam. Moja własna interpretacja i odczuwanie kartek książki w rękach. Na "Żywe trupy" skusiłam się tematyką. Inwazja przerażających ożywych zmarłych. Ostatnio naprawdę trudno "wyhaczyć" dobry horror. Na półkach bibliotek i księgarń królują powieści, które ukazują wampiry, wilkołaki, syreny, czy inne mityczne stworzenia jako nieszkodliwe przytulanki. "Dracula" wyszedł z mody, bo nie jest romansem, do którego mogłyby wzdychać młode czytelniczki, chwaląc się, że przeczytały horror. Nie chciałabym tutaj nikogo obrażać, piszę jedynie swoją subiektywną opinię na temat kondycji literatury grozy. Na szczęście, istnieją jeszcze autorzy, którzy nie boją się braku popularności swojej książki ze względu na brak wątku miłosnego. Autorzy, którzy chcą pokazać prawdziwe oblicze potworów. Autorzy, którzy piszą tak, że nie sposób nie poczuć dreszy podniecenia i gęsiej skórki.

"Żywe trupy" z pewnością miały na celu przestraszenie słuchacza. Udało im się mnie przestraszyć.

Co ma nam do zaoferowania audiobook ? Jego głównym atutem jest dźwięk.

Chodzi o to, aby dosłownie zmanipulować człowieka. Sprawić, by zapomniał, że znajduję się, dajmy na to, w fotelu z kubkiem herbaty na wyciągnięcie ręki i "wskoczył" w skórę bohatera, którego właśnie goni żywy trup. Ten potwór chcę Cię złapać i ugryźć. To właśnie muzyka najbardziej oddziałuję na mózg. W odpowiednich momentach podkreśla grozę sytuacji lub jej powagę. Spadek napięcia spowodowany znaleznieniem bezpiecznego schronienia. Wzrost ciśnienia, kiedy depczę Ci po piętach.

"Żywe trupy" bez wątpienia zasługują na tak wysoką notę. Wspaniałe wykonianie, twórcy podkładający głosy bohaterom i niespodziewane zwroty akcji wręcz zobowiązują mnie do 10.

Polecam każdemu, kto nie obawia się nieźle przestraszyć.

Wasza Ariada :)

Z tą pozycją mogłam zapoznać się dzięki Wydawnictwu Anakonda, za co serdecznie im dziękuję : )