Autor: Deidra Duncan
Tytuł: Recepta na romans
Wydawnictwo: MUZA [współpraca reklamowa]
Data wydania: 2026
Ilość stron: 384
Narracja: pierwszoosobowa (dwie perspektywy)
Gatunek: romans
Ocena: 8/10
Opis:
Pierwszy rok rezydentury to piekło. Zwłaszcza gdy wszyscy myślą, że przespałaś się z szefem, by się na nią dostać.
Grace Rose od zawsze chciała zostać lekarką. I właśnie zaczyna pracę na oddziale położniczo-ginekologicznym w teksańskim szpitalu. Nie jest lekko.
Julian Santini – irytująco przystojny dupek, też rezydent – nie tylko wierzy w bzdurne plotki, ale i robi wszystko, by uprzykrzyć Grace życie.
Najgorzej!
Ich relacja przypomina otwartą ranę, ale… on ma problem z nauką teorii (może to ADHD?), ona – z praktyką (i ma ataki paniki). Do tego ciągle muszą zakuwać. I są skazani na swoje towarzystwo. Aż nagle pierwsze cesarki wykonane trzęsącymi się rękoma, wspólne dyżury i nieprzespane noce działają jak kojący opatrunek.
Niestety Grace ma swoje demony, a Julian swoje tajemnice.
Komu bardziej kibicujesz?
Julianowi, przystojnemu osteopacie, którego starsze siostry pilnują, by nie zachowywał się jak mizoginistyczna świnia?
Czy Grace, rezydentce walczącej ze swoimi lękami i z podłą plotką o karierze zdobytej przez łóżko?
A może im – razem?
Recenzja:
Lubię kwestie medyczne - seriale medyczne to moja ulubiona kategoria, mogłabym je oglądać dniami i nocami. "Dr House" to coś, co dosłownie kocham. Ucieszyłam się więc, że w końcu mogę przeczytać jakiś książkowy romans z tematyką medyczną - bo tak właśnie bym opisała "Recepta na romans".
Od razu w ramach ciekawostki dodam, że autorka jest lekarką, która także kończyła ginekologię - i która mówi, że pewne rzeczy, które dzieją się na rezydenturze, są jeszcze większym koszmarem niż zostało to przedstawione na łamach tej powieści - w co jestem w stanie uwierzyć, chociaż jest to dla mnie trudne do pojęcia, gdyż bardzo trudne wątki tu poruszyła Deidra Duncan.
Nasza główna bohaterka - Sapphire Grace Rose - rozpoczyna swoją przygodę ze stażem z plotką, że dostała miejsce w szpitalu w związku z tym, że przespała się z kimś od rekrutacji. Mimo że jest to nieprawda - bo wystarczy to, że jej imię i nazwisko brzmi tak, jakby mogła być gwiazdą porno i łatka się do niej przykleja. Na każdym kroku Grace - bo takiego imienia używa na co dzień - stara się udowodnić swoje zaangażowanie, wiedzę i umiejętności, jest traktowana z lekceważeniem. Szczególnie, że mimo upływu miesięcy, plotek nie ubywa - i podobno Grace jest przyłapywana na różnych dziwnych akcjach, chociaż dowodów na to nie ma...
Julian natomiast czuje się jak świnia, że początkowo wierzy w plotkę - chociaż ma starsze siostry, które starały się odpowiednio go wychować. To w sumie był powód do tego, że na samym starcie Grace i Julian nie zaczęli zbytnio pałać do siebie sympatią, a wręcz przeciwnie - starali się jawnie okazywać sobie wrogość, często używając sarkazmu.
Tyle, że Julian naprawdę nie jest zły. Po prostu bardziej się pogubił - a zresztą on sam też ma problemy, bo jest osteopatą, a nie lekarzem, a na dodatek ma prawdopodobnie ADHD, na które się nie leczy i które bardzo utrudnia mu efektywność nauki.
"Recepta na romans" jest więc całkiem uroczym romansem, który opiera się na motywach takich jak hate-love, slow burn, ale także książka ta porusza dużo trudniejsze tematy - hejt, wykorzystywanie/przemoc w związku, trudności z zaufaniem... Pomyślcie więc, czy jest to historia, po którą chcielibyście sięgnąć.
Mnie osobiście ta fabuła bardzo się podobała - i myślę sobie, że wielu z Was także może się ona spodobać, jeśli lubicie medyczne klimaty i romantyczne wątki. Uważam, że jest to jedna z lepszych historii, jakie miałam okazję czytać w kwietniu - i w ogóle mam wrażenie, że powinno być więcej takich medycznych rzeczy wydawanych, bo miałoby to pewnie swoich odbiorców. Nie bez powodu tacy "Chirurdzy" mają ponad dwadzieścia sezonów...
Podsumowując, dla mnie jest to pozycja kompletna, która w wielu aspektach mnie zauroczyła. Jeśli ta autorka jeszcze coś kiedyś napisze, to pewnie będę chciała po to sięgnąć, gdyż nawet sama kreacja bohaterów i umiejętność opisywania emocji to prawdziwe złoto. A patrząc na to, że akcja rozwija się na przestrzeni lat, a nie tygodni, to mamy tu slow burn z prawdziwego zdarzenia!

Fajna ocena, zachęcająca. 🥰
OdpowiedzUsuńMoże kiedyś się na nią skuszę 🙂
OdpowiedzUsuńMój ostatni zakup, widzę że to była dobra decyzja😁
OdpowiedzUsuń