Autor: Lucy Jane Wood
Tytuł: Uncharmed
Wydawnictwo: StoryLight [współpraca reklamowa]
Data wydania: 2026
Ilość stron: 448
Narracja: trzecioosobowa
Gatunek: cosy fantasy
Ocena: 5,5/10
Opis:
Andromeda Wildwood jest doskonała praktycznie pod każdym wiedźmim względem…
Życie Annie spowija różowa mgiełka magii i niebotycznie wysokich standardów. Jest dumną właścicielką tętniącej życiem londyńskiej cukierni Niebiańska i wykorzystuje swoje moce, by uszczęśliwiać innych. I choć jej perfekcjonizm ma swoją magiczną cenę, Annie chętnie ją płaci.
Jednak gdy spada na nią opieka nad sprawiającą kłopoty nastoletnią czarownicą Maeve, jej uporządkowana codzienność pogrąża się w chaosie. Annie i uparta, żywiołowa Maeve są praktycznie swoimi przeciwieństwami. A obie różnią się od Hala – mrukliwego, choć przystojnego właściciela ich tymczasowego lokum, który wcale nie jest zachwycony tym, że jego domek w lesie znajduje się teraz we władaniu dwóch nieprzejednanych czarownic.
Gdy między Annie, Maeve i Halem powoli zawiązuje się nić przyjaźni, tajemnicze siły zaczynają interesować się niezwykłymi mocami Maeve. Annie musi więc zaryzykować wszystko, by ochronić prawdziwą magię, którą wreszcie odnalazła. Czy zdoła tego dokonać?
Recenzja:
Wielu z Was wie, że to druga książka odnośnie cosy fantasy w świecie czarownic, która została w Polsce wydana, a pochodzi spod ręki Lucy Jane Wood - ale według mnie to też nie tak, że jak przeczytacie konkretnie "Uncharmed", a sobie darujecie poprzedni tom, to stracicie wiele smaczków i niuansów. Według mnie da się właśnie czytać "Uncharmed" bez znajomości "Rewitched" - chociaż ustalmy, że fajnie jest poznać obie te opowieści!
Andromeda - Annie - Wildwood jest nauczona, że musi dążyć do perfekcji. Na co dzień prowadzi cukiernię, w której do wypieków dodaje szczyptę swojej magii, a do tego wszystkiego ma tak ściśle zaplanowany grafik, że nawet jej klienci są w stanie powiedzieć, w które dni chodzi na randki. I chociaż jej perfekcjonizm sprawia, że Annie praktycznie nie odpoczywa i ma wrażenie, że jej życie jest raczej monotonne, dziewczyna godzi się na to, bo nie zna w sumie innego wyjścia i nie wie, jak inaczej mogłaby wyglądać jej codzienność.
Tyle, że pewnego dnia zostaje ona pewne polecenie - bo tak to raczej można nazwać - by zaopiekowała się Meave i pomogła nastolatce nauczyć się kontrolować swoją magię. Wiadomo jedynie, że nikt nie spodziewał się, że w Maeve drzemie taki potencjał, a ona sama nawet nie do końca zdawała sobie wcześniej sprawę, że coś ją wyróżnia. Annie oczywiście bierze to na swoje barki - ale nie spodziewa się, że zostanie wysłana do domku na odludziu, gdzie można obserwować leśne zwierzęta za oknem... i który to tak naprawdę nie jest niezamieszkany, tylko należy do Hala - czarownika, który pewnego dnia po prostu się pojawia, bo skończył on już realizować swoją misję w terenie.
"Uncharmed" to przede wszystkim opowieść na trzech płaszczyznach: że nie trzeba być idealnym; że czasami okazuje się, że potrzebujemy w życiu czegoś (lub kogoś) innego niż sądziliśmy oraz że prawdziwe relacje nie wymagają od nas wielkich wyrzeczeń i poświęceń.
Dlaczego więc dałam "Uncharmed" tak przeciętną ocenę? Bo chociaż czytało mi się tę pozycję naprawdę dobrze, bo jest lekka i przyjemna, to jednak mimo wszystko doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że szybko o niej zapomnę. Nie ma w niej jakichś wielkich intryg czy plot twistów przez które nie byłabym w stanie zmrużyć oka lub wyrzucić pewnych scen ze swojej głowy. A same magiczne pojedynki i ostateczne starcia? Cóż, według mnie nie były jakoś rewelacyjnie napisane - a wystarczy mniej więcej mieć jakiekolwiek porównanie (typu serię o Harrym Potterze) by wiedzieć, że dało się z tego na pewno zrobić coś, co sprawia, że się ma "efekt wow".
Mimo wszystko mam w planach czytać książki Lucy Jane Wood, jak tylko się ukażą w Polsce, bo wydaje mi się, że idealnie można się właśnie przy nich odstresować i zrelaksować. Jeśli więc nie szukacie czegoś, co Was fabularnie wbije w fotel, tylko raczej otuli Was niczym ciepły kocyk, to wiecie już po co sięgnąć - i że "Uncharmed" powinien się znajdować wtedy naprawdę na szczycie Waszej listy.
Wydaje mi się, że pozycji z nurtu cosy fantasy powinno być więcej - więc trzymam kciuki, żeby się one u nas skrupulatnie i często pojawiały. Czytałabym - i znając moich czytelników - wielu z Was pewnie też!
Podsumowując: fajne i polecam, ale żebyście mieli świadomość, że to raczej dla miłego spędzenia czasu - i żeby się nie spodziewać fabularnych fajerwerków.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz