sobota, 11 kwietnia 2026

Briar Boleyn - "Na krwawych skrzydłach"

Autor: Briar Boleyn 

Tytuł: Na krwawych skrzydłach

Wydawnictwo: Zysk i S-ka [współpraca reklamowa]

Data wydania: 2026

Ilość stron: 680

Narracja: pierwszoosobowa

Gatunek: romantasy

Ocena: 2.5/10


Opis:

W Akademii Krwawych Skrzydeł krew to potęga, a miłość to niebezpieczna gra

Na nic takiego się nie pisałam.

Pół-fae w szkole dla wysoko urodzonych wampirów? To gotowy przepis na katastrofę.

Nazywam się Medra Pendragon, ostatnia z jeźdźców smoków, a przynajmniej tak mi mówią. Zabawne jest to, że nie ma już żadnych smoków. Ani jednego. Nie powstrzymało to wampirów przed uznaniem, że warto mnie schwytać. Teraz utknęłam w Akademii Krwawych Skrzydeł, w której rządzą wysoko urodzone wampiry, a tacy jak ja, skażeni, jesteśmy dla nich tylko źródłem krwi i pionkami w ich grze.

Ale nawet to nie jest najgorsze. Bo oto pojawia się Blake Drakharrow. Zimny, arogancki i wręcz nieprzyzwoicie przystojny. Dręczy mnie od momentu, gdy się poznaliśmy, a w dodatku zaręczono nas zgodnie z jakimś starożytnym rytuałem.

Krwawe Skrzydła to nie tylko szkoła – to pole bitwy. Wysoko urodzeni walczą o władzę, a jeśli jesteś słaby? Giniesz.

 

Recenzja:

Znacie to uczucie, gdy widzicie mega ciekawy opis, widzicie świetne motywy, a do tego oprawa graficzna jest zachwycająca? Rośnie wtedy apetyt - i takie oczekiwania, że będzie się miało doskonałą przygodę. Tyle, że w przypadku "Na krwawych skrzydłach" już po kilkunastu stronach miałam przeczucie, że to będzie dla mnie rozczarowanie i mimo wszystko strata czasu. Nie zrozumcie mnie źle - nie jestem osobą, która łatwo wydaje sądy, ale gdy od początku z poziomu "źle" z każdym kolejnym rozdziałem przechodzi się na poziom "jeszcze gorzej", to można mieć pewne przypuszczenia.

I tak - nie było to nic mylnego, bo "Na krwawych skrzydłach" było dla mnie drogą przez mękę. Wychodzę z założenia, że gdyby ktoś chciał podsumować najważniejsze punkty fabuły, to może by mu to ze trzy strony streszczenia zajęło - a ta pozycja ma prawie siedemset stron. Ja naprawdę rozumiem, że to miało być romantasy w stylu young adult, ale jak nie jest w stanie się polubić głównych bohaterów, a wszystko okropnie się dłuży, bo jest niemiłosiernie rozciągnięte, to naprawdę odechciewa się czytać.

Medra zostaje znaleziona praktycznie martwa w obcym dla siebie miejscu. Praktycznie od razu zostaje pojmana przez wampiry - w tym Blake'a. który wkrótce: zgodnie z decyzją wuja - zostaje narzeczonym głównej bohaterki, mimo że ma on już jedną obiecaną sobie partnerkę. W świecie, gdy wampiry są czczone, trójkąty miłosne są normą - chociaż niekoniecznie podoba się to pierwszej dziewczynie Blake'a, która chyba nie sądziła, że to się stanie, a tym bardziej z kimś tak bardzo skażonej krwi.

Rozpoczyna się rywalizacja, szczególnie, gdy Medra trafia do Akademii Krwawych Skrzydeł - do oddziału dla jeźdźców smoków, chociaż żadnego smoka od naprawdę wielu lat. Mówi się, że smoki wymarły - ale przecież dlaczego nie przeszkolić potencjalnej jeźdźczyni, skoro kolor jej włosów się zgadza: i mogłaby ona potencjalnie latać na istocie, która prawdopodobnie już nie istnieje.

Czy to wszystko brzmi dla Was na sensowne i logiczne? Dodajmy jeszcze kwestię tego, że początkowo Blake w ogóle nie jest romantycznie zainteresowany Medrą, a więź z nią nawiązuje tylko ze względu na rozkaz głowy swojego rodu. Naprawdę nie chcę napisać niczego, czym mogłabym przeholować, bo spojlerować nie lubię, ale nie licząc dużej dawki miłosnych dram (z których większość była chyba tworzona na kolanie) oraz opisów życia w akademii, to niewiele się dzieje. Po prostu.

"Na krwawych skrzydłach" jest pięknie wydana. Wydawnictwo Zysk i S-ka zadbało o każdy szczegół, więc ta pozycja naprawdę jest perełką, chociaż pod kątem treści niewiele mi się podobało. Może gdyby przydługich opisów było ciut mniej, a akcja była bardziej dynamiczna, to podobało by mi się bardziej. W ogólnym rozrachunku najbardziej mnie zastanawia to, czy gdyby nie było to skierowane do młodszej grupy odbiorców (co musiałoby się wiązać z usunięciem kilku rzeczy), to czy odbiór nie byłby lepszy. Czułam się za stara na czytanie tej historii - nie byłam w stanie się "jarać" pewnymi fragmentami, które wydawały mi się zbyt dziecinne i infantylne.

To mogło być dobre. Nawet bardzo dobre. A wyszło gorzej niż przeciętnie. Jak na razie to najsłabsza książka, którą czytałam w kwietniu - chociaż okazuje się, że nie najsłabsza, którą czytałam w tym roku. Aż dziwne, nie?

Podsumowując: nie polecam, ale też nie odradzam. Myślę sobie, że wiele osób może tę opowieść polubić, ale ja nie jestem jedną z nich. Przede wszystkim chyba najbardziej rozczarowało mnie to, że miałam jakiekolwiek oczekiwania. Briar Boleyn im najzwyczajniej w świecie nie sprostała.  

2 komentarze:

  1. Kolejny raz dziękuję za szczerą recenzję. Przynajmniej wiem czego się spodziewać po tej książce, ponieważ wydanie jest naprawdę piękne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Omgbtaka niska ocena😱, teraz to się boję to czytać 😅

    OdpowiedzUsuń