Autor: Mariana Zapata
Tytuł: To, co w nas dojrzewa
Wydawnictwo: NieZwykłe
Data wydania: 2026
Ilość stron: 796
Narracja: pierwszoosobowa
Gatunek: romantasy
Ocena: 7/10
Opis:
Dawno, dawno temu pewna dziewczyna znalazła szczeniaka obdarzonego magicznymi zdolnościami i jej życie już nigdy nie było takie samo.
Nina Popoca potrzebuje pomocy.
I to nie byle jakiej.
Jedynym miejscem, gdzie może ją otrzymać, jest rozległe ranczo w Kolorado – teren skrywający w sobie coś znacznie więcej niż tylko społeczność pełną magicznych istot, starających się wieść spokojne i bezpieczne życie. Ta wioska może pozwolić znaleźć odpowiedzi na pytania nurtujące Ninę przez całe życie.
A jeśli to ranczo należy do przystojnego kuzyna jej najlepszego przyjaciela?
…cóż, na świecie istnieją gorsze rzeczy niż konieczność mieszkania w pobliżu Henriego Blackrocka.
Recenzja:
Uwielbiam książki Mariany Zapaty - chociaż odnoszę też w sumie takie wrażenie, że niektóre jej pozycje to są naprawdę wybitne, a niektóre są po prostu dobre. Niemniej jednak każda z nich to przede wszystkim slow burn, każda z nich to cegiełka i czyta się to wszystko tak, że czytelnik nie jest w stanie się oderwać, bo chociaż wie, że na końcu spotka miłosny happy end, to i tak chce się człowiek dowiedzieć, co ostatecznie jest w stanie do tego doprowadzić.
Nina nie zna swoich biologicznych rodziców. Gdyby była niemowlakiem, została podrzucona parze wilkołaków, którzy nie doczekali się własnego potomstwa - i do szesnastego roku życia nawet nie wiedziała, że ma jakiekolwiek magiczne zdolności, bo magia rozwinęła się u niej bardzo, ale to bardzo późno.
Obecnie Nina opiekuje się szczeniakiem - i chociaż spędziła z tym malcem już jakieś dwa lata - dalej nie wie, do jakiej kategorii magicznych stworzeń on należy. A patrząc na to, że na końcu jego ogona jest ogień, który Nina bez problemu może dotykać, a do tego wszystkiego szczeniaczek komunikuje się z nią telepatycznie w bardzo prosty sposób (używając "tak", "nie", "kocham"), nasza główna bohaterka ma pełne prawo podejrzewać, że jednak nie jest to jakiś zwykły piesek...
Kilka rozdziałów później wiemy już, jaki jest plan działania: najlepszy przyjaciel Niny rekomenduje jej wyjazd na ranczo, które prowadzi jego starszy kuzyn. Jest to miejsce tajne, o którym w ogóle nie powinno się mówić, ale w tak wyjątkowych okolicznościach najlepszy przyjaciel Niny postanowił jej nie tyle zdradzić istnienie tego terytorium, co nawet ją tam zawieźć... W końcu gdzie może być Ninie i jej szczeniakowi lepiej niż w czymś w rodzaju rezerwatu magicznych stworzeń, w którym będą mogli w pełni być sobą?
Nina jednak wie, że plan ma już na start jeden słaby punkt - Henri, który jest kuzynem jej najlepszego przyjaciela, to jej miłość z dziecięcych czasów, a Nina bardzo by nie chciała, żeby ich relacje jakoś bardzo się pokomplikowały. Nawet, jeśli warunkiem pozostania na ranczu jest kwestia tego, że Nina w ciągu roku od zostania członkiem społeczeństwa... cóż, musi wziąć ślub z kimś, kto tam mieszka.
"To, co w nas dojrzewa" to całkiem lekka, momentami całkiem oryginalna historia, chociaż odnoszę wrażenie, że wszystkie bohaterki od Mariany Zapaty to takie gaduły, które często postępują irracjonalnie i lekkomyślnie - i które zawsze myślą przede wszystkim o innych, umniejszając sobie samym i często błędnie wyciągają wnioski.
Do tego wszystkiego mam wrażenie, że relacja między Niną a jej szczeniakiem została czasem wręcz nadmiernie rozbudowana - bo ja rozumiem naprawdę wiele, bo szaleję za swoimi psami, ale tu co chwila są sytuacje, w których telepatyczne "kocham" od jej podopiecznego stanowi nie tyle sens istnienia Niny, co sens całej sceny. Nawet, gdyby to trochę ograniczyć, myślę, że ich relacja nie straciłaby na jakości - a tym bardziej zakończenie bardziej by na tym zyskało (nie chcę spojlerować: ale patrząc na to, że ranczo wyznaje zasadę, że wszystkie dzieci nasze są, to tylko ten jeden wydawał się aż nadmiernie zaopiekowany pod kątem emocjonalnym - i twierdzę to jako psycholog, który musi też dostrzegać pewne skrajności).
"To, co w nas dojrzewa" przeczytałam praktycznie jednym tchem - ale naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, że Mariana Zapata ma lepsze książki w swoim arsenale. Jestem także bardzo ciekawa tego, co jeszcze powstanie z jej ręki - i czy w końcu odejdziemy od identycznego typu bohaterów, bo zmieniają się tylko imiona, fabuła i wątki (z czego zawsze występuje slow burn).
Daję siedem na dziesięć i wydaje mi się, że większość osób, które znają już twórczość tej autorki, będzie uważała podobnie, jak ja - że fabuła momentami jest naprawdę oryginalna i wychodząca poza schematy, ale relacyjnie od samego początku wszystko jest wiadome.

Mariana Zapatq to autorka ktorą nam w planie dopiero poznac. Mam prawie wszystkie jej ksiazki na półce, tylko musze znaleźć na nie czas😅
OdpowiedzUsuń