Tytuł: Lavender Kiss
Wydawnictwo: Niegrzeczne Książki [współpraca reklamowa z Audioteka]
Data wydania: 2026
Ilość stron: 512
Narracja: pierwszoosobowa
Gatunek: romans
Ocena: 6/10
Opis:
"Małżeństwo z rozsądku. Uczucia, których nie da się zaplanować.
Lavender Lang zna zasady świata wielkiego biznesu – chłodną kalkulację i decyzje, które muszą się opłacać. Nie spodziewała się jednak, że sama stanie się częścią jednego z takich układów. Po katastrofie samolotu firma jej rodziców staje na skraju upadku, a jedynym rozwiązaniem okazuje się fuzja z konkurencją. Warunek jest jeden: ślub z Alexandrem Atwoodem.
Dla Alexandra to tylko biznes – układ, który ma uratować dwie potężne firmy i uspokoić media. Przynajmniej tak próbuje to sobie tłumaczyć, bo od początku trudno mu ignorować fakt, że Lavender działa na niego znacznie bardziej, niż zakładał. Wspólny czas, ukryte napięcie i emocje, których nie da się zignorować, sprawiają, coraz trudniej odróżnić to, co zaplanowane, od tego, co prawdziwe.
Kiedy na jaw wychodzą sekrety, które mogą zniszczyć nie tylko ich wizerunek, ale i to, co zaczyna się między nimi rodzić, Lavender i Alexander muszą zdecydować, czy to wciąż tylko biznes… czy coś, o co warto zawalczyć."
Recenzja:
Znam wszystkie książki Ludki Skrzydlewskiej, jakie wyszły w druku - ale znam ją także od czasu publikacji na Wattpadzie, więc miałam okazję poznać także historie, które ostatecznie w druku się nie ukazały. Pokazuje to jednak, że jestem chyba całkiem wierną fanką - i gdy twierdzę, że "Lavender Kiss" podoba mi się najmniej z całego dorobku autorki - to definitywnie tak w moim odczuciu jest.
I nawet całkiem fajna wersja lektorska - bo słuchałam tej książki w Audiotece - gdzie głosu postaciom użyczali Katarzyna Domalewska i Mariusz Witkowski - nie sprawiła, że jakoś byłam w stanie powstrzymać myśli, że wiele książek od Ludki Skrzydlewskiej wyszło jednak dużo, dużo lepiej: a już szczególny sentyment mam do tych cegiełek, które łączyły w sobie nie tylko romans, ale także elementy sensacji czy wręcz thrilleru.
"Lavender Kiss" opowiada o Lavender - młodej dziewczynie, która stara się piąć po szczeblach rodzinnej firmy, żeby udowodnić, że jest ona w przyszłości gotowa na to, by zarządzać - a nie tylko być ozdobą dla męża, jak twierdzą jej rodzice - ci sami zresztą, którzy w pewnym momencie dają swojej córce wybór: albo weźmie ślub z facetem, który jest prezesem konkurencyjnej firmy, albo po prostu nic nie odziedziczy z rodzinnej firmy lotniczej - bo po katastrofie jednego z samolotów rodzinna firma zaczyna mieć problemy finansowe, z których wybawić może ich tylko Alexander Atwood.
Lavender godzi się na wszystko - w końcu jest posłuszną córką - chociaż robi to bardziej dlatego, żeby ochronić miejsca pracy, które dotychczas zajmowali ludzie w jej obecnej firmie. Postanawia nawet sama iść do Alexandra i spisać z nim umowę na temat tego, jak ma wyglądać ich ślub - i z jakimi warunkami będzie się on wiązał...
To, że nienawidziłam rodziców Lavender przez całą książkę to oczywiście tylko jeden malutki niuans - ale to, że Lavender czasami dawała się krzywdzić i z łatwością wybaczała, było dla mnie nie do przejścia. Dosłownie odnosiłam wrażenie, że ona czasem nie jest w stanie zadbać o swój interes i się ochronić... albo była w stanie przyjąć dosłownie każde wytłumaczenie, co sensu momentami nie miało. I ja rozumiem - jest mnóstwo ludzi, którzy potrafią biernie żyć i biorą tylko tyle, co dostają, nie walcząc o lepsze jutro dla siebie - ale momentami to była aż przesada i trudno mi się o tym czytało.
Alexander też wyszedł na takiego, który od samego początku miał obsesję na punkcie Lavender - od kiedy tylko ją zobaczył - i był w stanie zaryzykować całym swoim majątkiem, żeby z nią być, gdzie dosłownie dotyk go przeraża - i nie jest on w stanie nawet podać komuś ręki, co też jest spowodowane traumą z dzieciństwa. I jak Alex mimo wszystko w wielu fragmentach plusował swoim zachowaniem i tym, jak się starał - tak w wielu momentach miałam go ochotę udusić za takie traktowanie dziewczyny, na której podobno tak bardzo mu zależało...
Wydaje mi się, że "Lavender Kiss" ma fajnie zestawione wątki - ale nie jest to jedna z tych historii, o których trudno zapomnieć. Raczej jest to czytadełko "na jeden raz" i tyle - a bywały książki od Ludki Skrzydlewskiej, które wstrząsały mną do głębi. Oczywiście, dalej książka jest świetnie napisana - opisy i dialogi są na wysokim poziomie, tak jak i przedstawienie emocji oraz uczuć... Ale może dlatego, że postawa Lavender i Alexandra nie zawsze mi odpowiadała, "Lavender Kiss" według mnie jest w tym momencie najgorszą historią spod ręki tej pisarki. Tylko "Puck off" może jeszcze konkurować z nią o ten tytuł - ale w chwili obecnej mam wrażenie, że przynajmniej tamta powieść nadrabiała pikantnymi scenami. W "Lavender Kiss" erotycznych scen mamy bardzo mało - no w sumie kto by się dziwił, skoro jednym z motywów jest kwestia tego, że jakiś facet boi się dotyku...
Podsumowując: dalej trzymam kciuki za Ludkę Skrzydlewską - bo dalej planuję czytać wszystkie jej książki - ale mam małą nadzieję, że niebawem wróci trochę takich klimatów, jakie autorka prezentowała podczas swojego debiutu. Myślę, że na to jej fanki liczą jednak najbardziej...

Nie pamiętam czy, czytałam coś autorki. Może kiedyś się skusze.
OdpowiedzUsuń