sobota, 5 września 2026

Aleksandra Baranowska - "Wyrok: małżeństwo"

 

Autor: Aleksandra Baranowska

Tytuł: Wyrok: małżeństwo

Wydawnictwo: Niegrzeczne Książki [współpraca reklamowa]

Data wydania: 2026

Ilość stron: 480

Narracja: pierwszoosobowa

Gatunek: romans

Ocena: 2/10


Opis:

Isolde nie wierzy ani w miłość, ani w kompromisy. Dominic od lat marzy o tym, by stać się wyjątkiem od obu tych reguł.

Kiedy dwie najpotężniejsze rodziny prawnicze w kraju postanawiają połączyć kancelarie i przypieczętować układ aranżowanym małżeństwem swoich dzieci, Isolde traktuje to jak kolejną próbę odebrania jej kontroli nad własnym życiem. Dominic przyjmuje decyzję z zaskakującym spokojem. Nikt nie wie jednak, że od lat skrywa uczucia do kobiety, która nigdy go nie zauważała.

Wspólne życie szybko zamienia się w pełną napięcia grę. Cięte dialogi, walka o dominację i emocje, które coraz trudniej ignorować, sprawiają, że granica między niechęcią a fascynacją zaczyna się zacierać. Im bardziej Isolde próbuje utrzymać dystans, tym mocniej Dominic burzy mury, które budowała wokół siebie przez całe życie.

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy Isolde odkrywa, że ich małżeństwo mogło nie być wyłącznie decyzją rodzin, a Dominic ukrył przed nią znacznie więcej, niż była gotowa zaakceptować.

 

Recenzja:

Zacznijmy może od tego, że życzę Aleksandrze Baranowskiej długiej i owocnej kariery pisarskiej - ale niestety "Wyrok: małżeństwo" całkowicie mi nie przypadł do gustu. Mam wrażenie, że najlepszą częścią tej książki okazała się okładka (wklejka też). Nie do końca umiałam wczoraj zebrać myśli po przeczytaniu - w momencie dodawania zdjęcia na social media - dlatego z samego rana staram się to sensownie ułożyć w recenzji, żebyście wiedzieli, że to nie jest bezpodstawny hejt, tylko wszystko ma swój sens i racjonalne powody - i że właśnie z tych konkretnych powodów nie jestem w stanie dać wyższej oceny, bo jak na ten moment to myślę, że "Wyrok: małżeństwo" może być najgorszą powieścią, którą przeczytam we wrześniu - a zarazem był to pierwszy tytuł, który mi się udało w tym miesiącu skończyć...

Przejdźmy jednak do konkretów!

1) Rodzina Isolde i rodzina Dominica to dwie najbardziej wpływowe rodziny prawnicze w mieście - chociaż nie czułam jakiejś długiej tradycji prawniczych i nie do końca wiedziałam, skąd ten majątek i wpływy. Prawników jednak nie jest niewielu: a także ustalmy, że jakoś się nie spotkałam, żeby informacje o życiu miłosnym prawników pojawiło się na pierwszych stronach gazet... Oczywiście mogę się mylić, ale nie są to żadni celebryci, żeby aż tak pilnie polowano na ich sekrety. Szczególnie, że pewna etyka zawodowa wymaga odpowiedniego zachowania - bo w przeciwnym razie chyba nie ma co mówić o tym, żeby taka osoba była dobrze oceniona przez sędziego i radę przysięgłych (którzy pewnie regularnie śledzą plotki...).

Kiedy więc rodzina Isolde i Dominica postanawia połączyć dwa imperia - i zmuszają przy tym dorosłe dzieci do ślubu - tylko Dominic wydaje się tym faktem zadowolony. Jak dobrze liczę, Dominic w momencie przymuszenia do ślubu ma całe trzydzieści dwa lata, jego wybranka była od niego całe trzy lata młodsza. I uwaga - Isolde zmuszono do ślubu groźbą odebrania bogactwa - gdzie jak była takim super prawnikiem, to nawet odcięta od rodzinnej fortuny szybko by się wzbogaciła, bo przecież najbardziej liczą się dokonania: a Isolde podobno byłą genialna w swojej robocie i zajmowała się najtrudniejszymi, także medialnymi, przypadkami. Więc dlaczego groźba w ogóle zadziałała? Jak wspomniałam - nie odniosłam podczas czytania także wrażenia, że kancelaria ma jakieś długowieczne tradycje, a nawet jeśli: przecież tak znana osoba założy sobie inną i klienci by się znaleźli...

Ze śmiesznych faktów: połączenie dwóch imperiów oznaczało mniej więcej to, że Isolde przyjmuje tylko nazwisko Dominica, więc w sumie jej własne dziedzictwo w pewien sposób poszło się j... ednoczyć z nicością. No ale przecież do takiego połączenia usilnie wszyscy dążyli!

2) Prawnicy poziomu Isolde i Dominica mają codziennie czas na zabiegi pielęgnacyjne, wyjście na strzelnice, bieganie... Właściwie chcą sobie mieć mnóstwo wolnego, to mają - przecież spawy sądowe najwidoczniej poczekają. Ja jako psycholog, który zwykle pracuje z dziećmi, mam bardziej wypełniony kalendarz zadaniami od naszych głównych bohaterów - a ustalmy, że nie zajmuje się delikatnymi i ryzykownymi sprawami, które wymagają niezwykłej wiedzy, precyzji i strategii... 

3) Skoro jestem właśnie psychologiem, to pracując w szkole słyszę podobne odzywki do tych, które wymieniają między sobą główni bohaterowie - wiecie, śmietanka palestry w mieście, że o nich aż gazety piszą... Myślę sobie jednak, że albo Isolde i Dominicowi brakuje etyki zawodowej, albo rozumu, albo jakiejś takiej racjonalności... A może wszystkiego na raz?

4) Tu trochę pojadę spojlerem - więc jak nie chcecie tego czytać, to pomińcie ten akapit.

Zmuszanie kogoś do posiadania dziecka i wywieranie ogromnego nacisku w tym zakresie także nie jest okej. Jak Dominic na początku charakterem był dużo fajniejszy od Isolde, tak czym dalej w las, tym wychodziło, że on jest jakimś obsesyjnym manipulantem, który nie umie odpuścić. Później okazało się jeszcze, że z tą obsesją jest gorzej niż sądziłam, ale zakuwanie kogoś w kajdanki, by w pewien sposób mu oznajmić, że teraz się nie ucieknie i robimy sobie dziecko... Cóż, Isolde w żadnym wypadku nie mogła podjąć wówczas racjonalnej i zgodnej ze sobą decyzji, szczególnie, że wcześniej było sporo o tym, że ona nie czuje chęci na macierzyństwo. DRAMAT.

5) Zakończenie też nie było jakieś rewelacyjne. Najwidoczniej, jak ktoś wobec nas zachowuje się jak manipulacyjny burak, to można mu odpuścić bez większych akcji związanych z przeprosinami - magia miłości leczy wszystkie rany i przewinienia. A jak nie, to patrz punkt pierwszy: musi uleczyć. Innej definicji w słowniku Dominica nie ma i nie będzie, a Isolde w pewnym momencie chyba zaczyna podzielać pogląd.

To są takie największe punkty, które chciałam poruszyć, żeby też nie spojlerować za bardzo. Było dużo więcej sytuacji, gdzie czułam zażenowanie i frustrację, ale wychodzę z założenia, że jeśli będziecie planować czytanie "Wyrok: małżeństwo", to sami odkryjecie, o co mi chodziło.

Ja pozostaje przy swoim zdaniu, że w tej książce najbardziej podoba mi się oprawa graficzna - i bardzo doceniam swoją drogą autorkę okładki, Kasię Pieczykolan, bo na polskiej scenie graficznej naprawdę potrafi zrobić robotę jeśli chodzi o okładki - zawsze mi się je przyjemnie ogląda i mam nadzieję, że coraz więcej jej prac będzie możliwych do oglądania w papierowych wydaniach.

Tyle na temat. Pozwolę sobie nie zostawiać pytania czy macie ten tytuł w planach - tylko raczej zapytam: czy macie czasem tak, że wydaje Wam się, że research i logiczne ułożenie ciągu zdarzeń się po prostu w jakiejś książce nie kleją? 

5 komentarzy:

  1. Nie mam w planach tej książki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za szczerą opinię, nie mam w planach tej książki 🤭

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, co to za ocena. 🙈 Nie mam w planach.

    OdpowiedzUsuń
  4. Widać,że dobrze że nie mam tego w planie😅

    OdpowiedzUsuń
  5. Marta Dąbrowska5 września 2026 19:27

    O boże to naprawdę tragiczna ta książka musi być 😂

    OdpowiedzUsuń